poniedziałek, 23 marca 2015

Rozdział 19

~Louis~
Siedziałem na korytarzu, trzymając Thomasa na kolanie. Rysował na kartkach papieru, które dała mu pielęgniarka. W tym samym czasie Alicja miała zabieg. Miałem nadzieję, że w końcu odzyska czucie w ręce. Nerwowo ścisnąłem dzieciaka, aż syknął z bólu.
- Tata, to boli- jęknął.
- Przepraszam - puściłem go.
- Dobrze - uśmiechnął się smutno. - Tata, czy zobaczę Miquela?
No tak, opowiedziałem mu ogólnikowo całą tę sprawę, jednak Thomas wciąż tęsknił za swoim przyjacielem. Jak Kath mogła się tak omamić i zniszczyć swoje życie, jak i swojego syna? Nie rozumiałem tego. Przecież to był złodziej i psychopata. Zniszczy jej psychikę. Zrobi wodę z mózgu. Chcieliśmy jej jedynie pomóc, a ona stała się naszym wrogiem.
Najgorsze było to, że dzieci brały w tym udział.
- Teraz nie. Miquel mieszka daleko, Tom. – odpowiedziałem krótko i pocałowałem go w czoło.
Może dla Katheriny było już za późno, ale dla Mike'a była jeszcze nadzieja. Trzeba będzie ponownie go uprowadzić. Moi ludzie, porozsiewani po całym kraju, już się zbierają, by pomóc swemu szefowi. Jak grzeczne kundle do właściciela.
Nie uważałem się za mafiosa. Nie zabijałem jak Styles. No może, kiedy naprawdę ktoś zasłużył, ale to rzadko się zdarzało. 
Też nie byłem święty. To prawda. Ale dla swojej rodziny chciałem jak najlepiej. A Katherina była naszą przyjaciółką i chciałem pomóc chociaż temu niewinnemu chłopakowi.
Od rozmyślań odciągnął mnie głos lekarza, który instruował Alicję odnośnie jej ręki.
- I jak? - spytałem, gdy chirurg odszedł.
- Chyba lepiej – odparła cicho. – Będę potrzebowała małej rehabilitacji i nie mogę nic dźwigać na tę rękę przez najbliższe pół roku – wyjaśniła.
- Tata będzie dźwigał  - uśmiechnął się Tom.
- Ty już tu innymi nie rozporządzaj, młody - poczochrałem mu włosy - To jak, możemy wracać?
- Dopiero jutro. Wracajcie do domu. Dam radę - powiedziała i uśmiechnęła się do mnie.
Może w końcu miedzy nami będzie dobrze. Może mi wybaczy.
- Na pewno niczego ci nie trzeba? - spytałem, biorąc Thomasa na ręce.
Pokręciła głową. Chłopczyk pocałował ją jeszcze, zanim wyszliśmy. Byłem spokojniejszy, wiedząc, że z ręką jest lepiej. Teraz zostawała cała reszta. W domu czekali na mnie Horan i Payne. Mieliśmy wszystko dokładnie ustalić. Czekała nas przecież wojna z psami Styles'a.
- Tom, idź się pobaw - uśmiechnąłem się do syna. Odwzajemnił to i zabrał autko, a potem pobiegł do gosposi.
Niall rozłożył jakieś plany na stoliku.
- Nie korzystam z komputera, bo za łatwo się do niego włamać. - też był dobrym informatykiem. - Troy dzwonił, że cały czas ich obserwuje. Nic się tam szczególnego nie dzieje.
- Chcę dostać raport z każdego, nawet najmniejszego ich ruchu - syknąłem do blondyna. - Oni na pewno coś knują. Nie mogliby siedzieć tak bezczynnie. Jakieś wieści od Terry'ego?
- Spokojnie, Louis. Na razie napisał nam, że planują przeprowadzkę. Chcą się znowu rozdzielić, ale i zaatakować. - usiadł obok mnie. - Posłuchaj. Wiesz, że on może działać dla nich, a komunikować się z nami?
- Nie odważyłby się - mruknąłem. - Jest w szachu. Mamy w końcu jego żonę i córeczki.
- Będzie łatwiej jak Mike zacznie znów chodzić do przedszkola. – powiedział Liam, opierając ręce o kanapę. Spojrzał na mnie porozumiewawczo. – Wtedy nie będzie problemu z odebraniem go i wywiezieniem. 
- Tak, masz rację - kiwnąłem głową. - Teraz trzeba będzie ustalić datę naszego ataku. Będziemy musieli działać zgodnie i według planu.
- Eh, szkoda ich, naprawdę. Katherina nie wydawała się głupia. A to co ona robi to idiotyzm – westchnął Horan, otwierając butelkę piwa.
-To wina tego Styles'a - warknąłem, biorąc butelkę od blondyna - Gdy siedziałem w pierdlu, nieco się z nim zapoznałem.
- Wyobraź sobie, że my też tam byliśmy - spojrzał na mnie krytycznie. - Tylko nie raczyłeś się do nas odezwać, obwiniając się o to, że tam jesteśmy.
- Nie rozdrapuj starych ran. Zresztą od kiedy to nie możemy sobie poradzić z jednym gówniarzem i jego kilkorgiem ludzi? Chyba, że coś mnie ominęło i Styles nagle został szefem Kodokuna Ookami. (Samotne Wilki)
- Nie. Dalej nim jest Jack - pocieszył mnie cholernie.
Wziąłem łyk piwa i spojrzałem na telewizor. Nawet głupi mecz był dla mnie irytujący.
Jednakże w tej chwili nie pozostało mi nic innego, niż czekanie na resztę mojej grupy.
- Tato! - usłyszałem płacz z kuchni.
Wstałem szybko z fotela i rzuciłem się w stronę syna
- Co się dzieje?!- wykrzyknąłem
Płakał siedząc na podłodze. Obok był rozbity kubek, który gosposia zbierała. Mały chyba spadł z krzesła.
- Czemu jesteś taka niekompetentna?! - wykrzyknąłem w gniewie.
Kobieta spojrzała na mnie z urazą.
- Robiłam mu jedzenie, przychylił się na krześle i upadł.
- Wpierw pomyślałabyś o dziecku, nie o naczyniu! Zejdź mi z oczu!
- Tata - mały rozpłakał się głośniej. Wyciągnął do mnie ręce. - Tam ktoś był w ogrodzie...
- Gdzie? - spojrzałem przez szybę - Horan! Payne! Gońcie go - wskazałem na postać, która próbowała uciec, depcząc kwiaty Alicji.
Obaj mężczyźni wybiegł przez taras. Przytuliłem syna i podniosłem go. Miał lekko rozciętą dłoń.
- Kss - syknąłem i posadziłem go na blacie stołu - Nie ruszaj się, opatrzę ci to.
Kręciłem się po kuchni, starając się znaleźć apteczkę. W końcu zakleiłem dziecku plaster
Machinalnie głaszcząc chłopca, czekałem na powrót Niall'a i Liam'a
Schowali broń przed przyjściem tu. Pokręcili tylko głowami.
- Uciekł, ale wsiadł do srebrnego audi - oznajmił Niall.
-Cholera - starałem się nie przeklinać za bardzo przy synu - Podejrzewacie kto to mógł być?
Popatrzyli na siebie, a później na mnie. Mina mówiła wszystko. Malik.
- Czyli wysłali tego idiotę na przeszpiegi? Świetnie, nie pozostaniemy im dłużni
- Spokojnie, Louis. Mamy Dowella. Niech on się tym zajmie. Chodź młody. Fifa czeka - podniósł małego.
- Dobrze, skontaktujcie się z nim. Ja muszę odpocząć.
- Jasne. Zajmiemy się nim. Powiedz jeszcze co z Alicją.
- Żyje, jutro po nią jadę
- To fajnie.
- Mama wróci!
-Tak, tak, dobranoc - mruknąłem i wyszedłem z kuchni.
Wziąłem prysznic i położyłem się do łóżka.
~Harry~
 Obudziłem się rano wielce zadowolony. Katherina po wczorajszej zabawie, leżała padnięta, wtulona we mnie. Świetnie.
Uśmiechnąłem się i ziewnąłem. Fajne święta.
Niestety, trzeba było to zakończyć. Wstałem tak, by nie obudzić Kath i wyszedłem z pokoju
Zapinałem koszulę zaglądając do małego. Nie spał. Bawił się nowymi zabawkami.
Postanowiłem mu nie przeszkadzać i zszedłem do kuchni. Trzeba zjeść śniadanie.
- Cześć - powiedział Zayn, widząc mnie.
- Siema - rzuciłem i otworzyłem lodówkę.
- Jadę do Liverpoolu - oznajmił.
- Po jaką cholerę? - warknąłem, wyciągając resztki wczorajszego indyka.
- Zobaczyć co u naszych przyjaciół - wziął kluczyki i tyle go widziałem. Następny na dole był Adam. Przyniósł oferty domów w Nowym Jorku.
- Jakieś dobre? - mruknąłem, wsadzając mięso do mikrofali.
- Popatrz - odpowiedział.
Boże, jaki ten seks musiał być ostry, że byłem taki głodny. No dobra. Był wycieńczający. Ale nie mogłem narzekać. Podobało mi się. Przynajmniej te wszystkie problemy, które wciąż mieliśmy, aż tak bardzo mnie nie denerwowały.
Pokazał mi jakiś nowy budynek na obrzeżach miasta
- Jest na sprzedaż. Cały. Kilka poprawek i 4 apartamenty będą jak strzelił. - uśmiechnął się.
- Aż cztery? - uniosłem brew, opierając dłonie o blat. Przyjrzałem się zdjęciom i projektowi. Musiałby mieć naprawdę mocne zabezpieczenia.
- Jasne, chyba nie sądzisz, że taką zdobycz zostawisz dla siebie. - zmrużył oczy. Widać było, że nazwa naszej małej organizacji, pasuje do jej członków.
- Nie mam nic przeciwko tego, abyście mieszkali obok, ale niestety nie pozwolę, aby ktoś wtrącił się w nasze życie. Muszę przypomnieć Katherinie, że nie jestem i nie będę jej kolegą, bo ostatnio czuje się bardzo luźno.  Myśli, że jak jest w waszym towarzystwie to nie mogę nic zrobić. Owszem, przy Saice nie mogę. Dlatego trzeba to zmienić, aby wprowadzić zasady. Więc zastanów się, czy chcesz mieszkać obok - skończyłem i odwróciłem się do mikrofali, wyciągając moje śniadanie.
- Oh, mój drogi - zaśmiał się Adam - przecież mi absolutnie nie przeszkadzają twoje upodobania i stosunek do Katheriny. Jednak tego budynku ci nie oddam. Zresztą, kto jak nie ja dopilnuje, by nasza droga gospodyni nie założyła ci podsłuchu? - zaśmiał się - parter będzie Chang i Shiro, 1 piętro moje i Sam'a, 2 dla Kate i 3, to największe, będzie dla was.-wydusił na jednym tchu.
- Dobrze. - pokiwałem głową. Podobał mi się ten pomysł.
Niby osobno, ale zawsze wokół ludzi, którzy ci nie zagrażają.
Lepsze to niż wprowadzić się koło potencjalnych szpiegów.
- A co z Terry`m? - spytałem wgryzając się w indyka -O nim nie wspomniałeś.
- On ma dzieci i żonę. Wiesz o tym, że nie łatwo zmieniać szkołę nagle - wzruszył ramionami.
Podszedł do blatu i zaczął robić herbatę, a dla mnie mocną kawę.
Podał mi napój i oparł się o blat.
- No to opowiadaj - uśmiechnął się wrednie. A jakżeby inaczej. Musiał wiedzieć o wszystkich zboczonych rzeczach w okolicy. Psychodeliczni bliźniacy byli znali ze swoich perwersyjnych sposobów wyciąganie informacji.
- Nie chcę mi się ust otwierać - mruknąłem.
- Jak zwykle sztywny - jęknął niezadowolony
Spojrzałem na niego chłodno i skończyłem jeść. Serio. Nie miałem ochoty się spowiadać. Nie wszystko musi wiedzieć.
Do kuchni weszła Katherina w czarnej spódnicy i wsuniętej w nią czerwonej koszuli. Trzymała na rękach ubranego Miquela. 
- Dzień dobry - powiedziała. - Mike chciałby wyjść dzisiaj na bitwę śnieżną. Ktoś chce z nim konkurować?
- Z pewnością nasz śmieszek się z nim pobawi - powiedział Adam, wstawiając kubek do zlewu.
- Tata - chłopiec spojrzał na mnie wzrokiem matki. - Ja i ty.
- No nie wiem, synu - mruknąłem, biorąc chłopca na ręce - Jesteś pewien?
Dzieciak kiwnął pewnie głową. Cóż, nie mogłem mu odmówić. Szykowała się śnieżna wojna.
~Katherina~
Ubrana w kurtkę siedziałam z Kate na ławce w parku, kiedy Mike atakował mężczyzn. Nie miałyśmy za bardzo wspólnych tematów. Ale lubiłam ją.
- Masz może telefon? - zapytałam.
- Pewnie - szepnęła i podała mi urządzenie - Ale nie działa. Tu nie działa nic, co nie należy do Saikatsu.
- Zaraz wracam. Zrób wszystko, żeby nie zauważyli mojej nieobecności - mruknęłam i wróciłam do domu. 
Weszłam po cichu, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Nie wiedziałam, czy są tu kamery. Może.  Wzięłam kluczyki od auta i ruszyłam. Moim celem była stacja dokładnie 3 kilometry stad. Tam jest budka telefoniczna. Jechałam z zapartym tchem. Musiałam zadzwonić. Po prostu musiałam i nikt nie mógł mi tego zabronić. Stanęłam na miejscu. Moim celem była Alicja. Ostatni raz. Wybrałam jej numer i czekałam, aż odbierze.
- Halo?-spytała zaspanym głosem. Pewnie dopiero co wstała.
- Posłuchaj. Nie ważne co było, ważne co jest. Nie chcę już więcej kłótni z Harrym. Więc muszę go słuchać, dlatego nie szukajcie mnie. Odpuście w końcu tę dziecinną zabawę. Jesteśmy z nim szczęśliwi - powiedziałam na jednym tchu.
- Czekaj, Kath, musisz ochłonąć i na spokojnie ze mną... Nie, z nami porozmawiać. Powiedz gdzie jesteś?
- Nie! - krzyknęłam. Ona nic nie rozumie. - Nie słuchasz mnie. Nie potrzebuję żadnej pomocy. Kocham go. - zamknęłam oczy, jakby ta prawda bolała.
Rozłączyłam się. Nie mogłam z nią dłużej rozmawiać. To był błąd. Wsiadłam do auta i wróciłam do domu. Na szczęście nikt nie zauważył mojej nieobecności. W holu przywitała mnie Chang.
- Idę do parku - oznajmiłam. - Idziesz ze mną? - posłałam jej słaby uśmiech.
- Z chęcią - uśmiechnęła się. Usiadłyśmy na ławce - Jack już cię pytał o imię dla niej? -pogłaskała się po lekko zaokrąglonym brzuchu.
- Tak - kiwnęłam głową i nagle zrobiło mi się przykro.
Jack był dla niej czuły, romantyczny, delikatny. Okazywał jakiekolwiek uczucia.
- I? - spytała, widząc moją minę - Masz jakiś pomysł?
- Yy - spojrzałam na nią wyrwana z myśli. - Może Maybelly? Nie wiem. Lubisz tradycję, więc może Aileen? To celtyckie imię.
- Aileen. Aileen Shiro. Może to być to - mruknęła - Mam nadzieję, że Miquel się nią zaopiekuje. W końcu będziemy sąsiadami.
- O czym nie wiem? - spojrzałam na nią.
Świetnie. Zawsze tak jest. Głupiutka Kath nie musi o niczym wiedzieć.
- To nikt ci nie mówił? - zdziwiła się - Za pół roku będziemy mieć ładny apartamentowiec w Stanach. W końcu każdy z nas chce uciec od złej przeszłości. Związanej z tym krajem.
- Ciekawie. Wiem, rozumiem. Każdy nie chce pamiętać o błędach - przyznałam i oplotłam się ramionami. No, Kath, co będziesz płakać? Potem będzie się śmiał, że przejmuję się głupotami. A ja bym chciała, żeby on czasem był... jak mój chłopak. Nie jak szef.
- Hej - ruda klepnęła mnie w ramię - Co cię znowu gryzie? Pamiętaj, mi możesz wszystko powiedzieć. W końcu i tak się dowiem
- Masz szczęście - stwierdziłam. 
Nie chciałam o tym rozmawiać. Jak ona się dowie, to dowie się Harry. Znów zacznie traktować mnie jak dziecko.
- No nie wstydź się -zaśmiała się- Możemy to nazwać kobiecą solidarnością. Nic, co teraz powiemy, nie wyjdzie poza nas.
Czy ona zawsze stawiała na swoim? Była bardzo uparta. Chciała wiedzieć wszystko. Czasem to była dobra cecha.
- Możesz mi to obiecać? - spytałam .
Kobieta kiwnęła głową. Popatrzyłam na Harry ego, który otrzepywał się ze śniegu. Wygląda uroczo i seksownie. Jak zawsze. 
- Mógłby być czulszy - szepnęłam. - Mógłby raz zabrać mnie na randkę...
- Tacy są chłopcy. Jak im czegoś nie podsuniesz, to nigdy sami nie zrobią.
Popatrzyłam na nią zdziwiona. Ona chyba nie mówi, że...
- Zmusiłaś do tego Jack'a? - zapytałam zaskoczona.
- A jak - potwierdziła.- Co prawda wcześniej próbował uchodzić za cwaniaka przede mną, wszak tak go wychowano, ale jak pozwoliłam mu wyrazić siebie, to stał się taki.
- Fajnie. Tylko ja dostanę karę jeśli będę czegoś wymagała - pokiwałam głową.
- Powinnaś postawić ultimatum - wskazała na bawiącego się Harry'ego - Jakie, to akurat powinnaś przemyśleć. 
- To nie łatwe. Może mnie zmusić do wszystkiego - założyłam kaptur, bo zaczął padać śnieg.
- Ech, nie wiem co mam ci powiedzieć - jęknęła. - Mamy teraz tyle problemów. Wilki są zagrożone.
- Jak to? Wydajecie się niepokonani.
- Mamy niełatwego przeciwnika, którego doskonale znasz, Katherino - spojrzała mi w oczy i wtedy zrozumiałam.
Louis. Louis i jego ludzie. Może po tym telefonie odpuszczą ? Chciałabym.
- Nazywają siebie dzikimi wężami - potarła ręką o rękę - Oni nam nie odpuszczą. To będzie ostateczna walka o dominację. My albo oni.
- Nie. Nie możecie zabić. Ani oni was, ani wy ich - zaprotestowałam wstając.
- Chyba jednak nie sprawiamy wrażenia dobrej, podręcznikowej mafii, czyż nie?-spojrzała na mnie wzrokiem, który zmusił mnie do zajęcia ponownie miejsca.
- Niezbyt.
- Zatem powinnam cię spytać: Czy wiesz czym zajmują się ludzie naszego pokroju?
- Zabijają, kradną - wzruszyłam ramionami.
- Dokładnie. - powiedziała zdenerwowana, kecz szybko ochłonęła. - U Tomlinsona jest tak samo, a nawet gorzej, bo oni bawią się jeszcze w handel narkotykami. U mnie jest to niedozwolone z wiadomych nam przyczyn. Może kiedyś się o nich dowiesz. Prosiłabym cię więc, byś nie uważała tego konfliktu za błahy, bo to będzie po prostu rzeź. Rzeź, bez której ani my, ani nasze dzieci nie zaznają spokoju.
- A co robi Harry? - zapytałam zszokowana wszystkimi informacjami.
- Cóż, on jest, jakby to powiedzieć, specem od wszystkiego i niczego zarazem. - mruknęła bawiąc się włosami.
Zaczęłam się śmiać. Sama nie wiem dlaczego. To co powiedziała mnie rozbawiło.
- Poczekaj chwilę - wstała i odeszła kawałek by odebrać telefon.
Obaj chłopcy podeszli do nas. Otrzepali się ze śniegu. Spojrzałam na synka, który trzymał za rękę Harry'ego. Usiedli obok.
- Tato? - wszedł mu na kolana.
- Słucham - odrzekł, patrząc na mnie
Odwróciłam głowę i tylko słuchałam, o czym rozmawiają. Wzrok Harry'ego peszył.
- Jak się robi dzieci?
- Spytaj wujka Jack'a - odparł brunet -Wszak ostatnio jedno zrobił.
- No powiedz mi. On powiedział, że tata się na tym najlepiej zna - zaśmiał się.
Harry chwilę się zastanawiał. 
- Cóż, to zależy-zaczął - Jeśli pani i pan mocno się kochają, to dziecko po pewnym czasie się pojawi. Jednak czasem pani nie kocha pana, ale pan kocha panią i jak on ją tak bardzo kocha, to pojawia się dziecko.
- Albo to pan nie kocha pani, a pani kocha pana - dodałam.
- Polemizowałbym - wysłał mi tajemnicze spojrzenie i podrzucił Mike'a do góry - Zadowolony?
- Nie rozumiem. - pokiwał główką i uśmiechnął się do niego.
- Wracajmy do domu - Harry podał mi dłoń - Nie chcę byś się przeziębiła
Czyżby się o mnie martwił?
Dziwne. Niepodobne do niego... Podałam mu rękę i wstałam. Ruszyliśmy do willi.
Weszliśmy do środka. Zapach przyszykowywanego przez Jack'a obiadu sprawił, że zaburczało mi w brzuchu. Zostawiłam chłopaków samych i weszłam do kuchni
- Cześć - powiedziałam, uśmiechając się. Ależ ja byłam głodna.
- Por, gdzie ja go wrzuciłem? - mruknął. Najwidoczniej mnie nie zauważył będąc w swoim kulinarnym szale.
Podeszłam do lodówki i wyjęłam warzywo. Podałam blondynowi, który na jego widok odetchnął z ulgą. Najwidoczniej był ważną częścią dania.
- Dzięki - mruknął - Bez tego byłbym trupem
- Pewnie - zaśmiałam się.
- Chcesz mi pomóc?- dziwne. Sprawiał wrażenie przybitego.
- Tak. Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku - uśmiechnął się smutno - Umyj go - wskazał na warzywo.
- No powiedz - nie chciałam nalegać, ale może mogłam mu pomóc.
 -Nie chcę cię niepotrzebnie denerwować. Takie zwykłe problemy czwartego szefa. Uporamy się z tym już po nowym roku.
- To prawda, że Tomlinson nie odpuszcza? - zapytałam spokojnie.
- Niestety. Chyba ktoś cię już o wszystkim poinformował, prawda?
- Saika - odparłam i zajęłam się przygotowaniem obiadów.
Wszyscy byli zajęci sobą i myślami. W domu dzisiaj było naprawdę cicho.
- A co sądzisz o apartamentowcu? - blondyn próbował zmienić temat - Widziałaś już plany?
Pokręciłam głową. Nikt mi nie pokazywał. Kate jedynie wspomniała. Chłopak podszedł do wyspy kuchennej i pokazał mi to wszystko w czerwonej teczce. Ale wtedy ktoś prawie wyrwał mi to z ręki. Wściekłe spojrzenie Harry'ego.
- Co ty wyprawiasz, Shiro?! - warknął, wściekle mierząc wzrokiem Jack'a.
- Nie dramatyzuj - blondyn nie pozostawał mu dłużny. - Ona już o wszystkim wie. Nie będę przed nią niczego cenzurować. Ty również nie będziesz.
- Więcej nie musi wiedzieć. Będzie niespodzianka - dodał, próbując się opanować. 
Zamknął teczkę i wyszedł z pomieszczenia. Wypuściłam powietrze z ust. Boże, jaki on był nerwowy.
Jack warknął coś po japońsku. Zapewne zaklął. Pierwszy raz widziałam go tak złego. Dotknęłam jego ramię. Nieco się rozluźnił.
- Spokojnie - szepnęłam. - Nie muszę wszystkiego wiedzieć. Kontynuujmy - wskazałam podbródkiem na obiad.
- Hai, hai-przytaknął i wrócił do krojenia. Później z nim porozmawiam. Powinien ochłonąć
Usiedliśmy do stołu ze wszystkim. Panowała grobowa cisza. Nawet Miquel nie chciał się odezwać, aby nikogo nie wkurzyć. Zayna nie było.
Jadłam, obserwując moich współbiesiadników. Bliźniaki co chwila wykreślali na obrusie różne znaki. Zapewne tak się komunikowali. Używali jakiegoś specyficznego kodu.
Ciekawie. Nie musieli rozmawiać i nikt nie rozumiał o co im chodzi.
Dalej Kate wysyłała swojemu bratu gromiące spojrzenia, gdy nie patrzył. Czyżby się pokłócili?
Naprawdę było dziwnie. Zdenerwowany na mnie Harry, smutny Jack, przygnębiona Saika, zła Kate i roztargniony Terry.
Adam nagle westchnął
- Niemożliwe - szepnął -To za szybko.
- Co jest za szybko? - Harry od razu to wyłapał i zapytał.
- Sam dowiedział się o zmianie terminu - zaczął Adam.
- Chcieli zacząć wcześniej, by nas podejść - zawtórował mu Sam
- Ale im się nie uda - zakończyli razem
- Sprytne. - mruknął Harry i wyjął telefon. Odczytał jakąś wiadomość.
- Zatem ten idiota wpierw powiadomił was? - spytał patrząc na bliźniaków. Ci tylko wzruszyli ramionami.
- Będziemy uzbrojeni kiedy będą chcieli uderzyć - oświadczył Terry.- Wybaczcie - wstał od stołu i wyszedł z jadalni. Kate prychnęła.
- O co tu chodzi? – spytałam.
- O nic - mruknęła Kate i potarła swoje skronie.
- Dziwnie się zachowujecie...
***
Możemy z dumą ogłosić, iż zakończyłyśmy już tę serię i pozostałe rozdziały czekają na poprawę. Pamiętajcie, że większa liczba komentarzy motywuje do szybszej korekty tekstu ;)

18 komentarzy:

  1. ♥♥♥♥♥Kocham,oby był jak najszybciej kolejny rozdział. Do następnego♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudo *_*
    Kocham!. <3
    Mam nadzieje, że Lou dużo nie namiesza, a Harru bd słodki jak ma w zwyczaju :*
    Czekam na nn :*
    Weny <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, nie wiem :) Harry w tym przypadku nie będzie słodki ani za bardzo romantyczny. ale na pewno was zaskoczaskoczy

      Usuń
    2. Już nie mogę się doczekać <3
      Weny :*

      Usuń
  3. JEJ!!
    CO ONI KUFFFA UKRYWAJĄ?
    JUŻ SAMA NIC Z TEGO NIE ROZUMIEM..
    TO CHODZI O TO, ŻE HAZZA NIE CHCE POWIEDZIEC K. O TYCH WALKACH CZY CZYMŚ?
    MASAKRA JAKAŚ!!
    ROZDZIAŁ SUPER!!
    ZADZIWNIA MNIE TO, ŻE ROZDZIAŁ POJAWIAJĄ SIĘ TAK SZYBKO!!
    NA NIEKTÓRYCH BLOGACH OD MIESIĄCA NIE MA ROZDZIAŁÓW A TUTAJ OKOŁO TYGODNIA!! <3
    CZEKAM NA KOLEJNY!!!!
    OBY SZYBKO <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Harry taki opiekuńczy ❤
    Tyle rozdziałów już było ;o
    Wow jak to szybko zleciało ;o
    Szkoda mi Terry'ego ;/
    Mam nadzieję że dzikie węże nic nie zrobią jego rodzinie...
    Ściskam
    You Belong With Me

    OdpowiedzUsuń
  5. knjsbvjwbjvf, boże kocham to opowiadanie, szkoda mi Terryego, biedny chłopak. Rozdział jak zawsze super! Nie mogę się doczekać następnego!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak dla mnie Louis niepotrzebnie się w to miesza...to dziecko Kath i Harry'ego, więc to oni mają do niego prawo nie on.Jeśli Kath tak wybrała i chociaż to głupia decyzja to on nie powinien się w to mieszać i planować odbić dziecko.Co tu dużo pisać Harry zaślepił Kath i tyle.ff jest genialne i kocham je bardzooo ��❤

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem krótko, kocham to FF

    OdpowiedzUsuń
  8. Super *.*
    Mam wrażenie ze ten cały Terry oszuka Louisa, ta cala rzeź między nimi nie powinna się odbyć, nie teraz,ani nigdy, jest między nimi za dużo dzieci, nie powinni nic zrobić :/
    Tom i Mike za sobą tęsknią,ale ich przyjaźń nie wróci :(
    Szkoda ze Kath tak się zachowuje i nie chce pomocy o Lou i Kate :'/
    A co do Harrego ,to on tez zachowuje się dziwnie, chce mieć wszystko pod kontrola,czy nie mogłoby być tak jak jest teraz ?
    Życze weny i do następnego :**
    Kocham <3

    OdpowiedzUsuń